7/17/2010
7/16/2010
7/14/2010
Kochane Koh Tao
Koh Tao to jedna z mniejszych wysp Tajlandii o powierzchni 21m2 a sama nazwa (Wyspa Żółwi) wcale nie jest związana z oszałamiającą ilością tych wodnych stworków a z jej kształtem. Tak naprawdę, zobaczenie żółwia podczas nurkowania jest dużym szczęściem i bardzo rzadkim przypadkiem według tutejszych instruktorów, którzy dziennie schodzą pod wodę co najmniej dwa razy, ale do tego wrócimy.. Koh tao zamieszkuje na stałe około 1400 mieszkańców, a sporą ich część stanowią biali – głównie Anglicy, Irlandczycy i Australijczycy. Są to ludzie w różnym wieku, którzy albo prowadzą szkoły nurkowe albo są ich pracownikami. Najczęściej przyjechali tu na kilka dni, a zostali kilka lat;) Poczułam się tu jak na mocno unowocześnionej i zdecydowanie bardziej otwartej dla przyjezdnych filmowej „wyspie”, bo można wyczuć od tych ludzi, że znaleźli swój mały raj na ziemi, bez problemów, z chilloutem 24h i tworzą razem taką zamkniętą oazę szczęścia a, co najważniejsze – odpowiada im takie życie bardziej niż to, które prowadzili wcześniej. Jeff, instruktor z pierwszej szkoły nurkowej do której trafiłam, kiedy zapytana przez niego nie wiedziałam ile dni tutaj zostanę powiedział: „- wiesz, rozumiem, ja tu przyjechałem z założenia na 3 dni, a teraz minie 8 lat odkąd tu mieszkam”..Ja nie miałam akurat na myśli takiej czasoprzestrzeni, ale….;)
Pierwsze „małe” kroki po wyjściu z katamaranu, który przycumował do lądu były skierowane na centralną plażę wyspy – Sairee Beach. Na długości może jednego km malowniczego wybrzeża stacjonują tu szkoły nurkowe, mały szpital, resorty oferujące turystom bungalowy rożnych standardów, baseny, możliwość tajskiego masażu i miłego czasu w spa no i przede wszystkim knajpki małe i duże, od których w godzinach popołudniowych można wyczuć zapach grillowanego sea foodu i innych pyszności. Oczywiście oferują cały wachlarz zachodniej kuchni ale widok w menu "chili con carne" jako "western speciality" wywołał uśmiech na twarzy. Przez cała sairee beach prowadzi brukowana ścieżka od której na lewo, w głąb lądu znajdują się wszystkie resorty a na prawo piękna plaża z rafa koralowa a przy niej bazy nurkowe i restauracje. Jest sporo straganów z pierdołami, obowiązkowo 3 7/11 dwie stacje benzynowe, Mały supermarket - a nawet komisariat policji, czyli tak naprawdę "wszystko" co jest potrzebne do życia. Policji od 4 dni nie widziałam ani razu, w sumie najbardziej dziwiłam się, kiedy olbrzymia grupa po finale mundialu (a była tutaj wtedy 4 rano) wsiadała pod zdecydowanym, naprawdę zdecydowanym wpływem na motorki i robiąc wielkie łuki i zakręty próbowała jechać. Rachel, zapoznana divemaster ze szkoły z która nurkowałam opowiadała mi ze policja tak naprawdę w ogóle nie zwraca uwagi na alkohol a cała swoją energię przekłada na walkę z narkotykami na wyspie. Podobno idzie im całkiem nieźle, a restrykcje są podobne w całej Tajlandii.
A co do spraw przyjemniejszych to tak : -Woda ma tutaj jedyne 31 C – nigdy wcześniej moja stopa w takiej się nie taplała i zaliczyłam naprawdę fajne nury. W prawdzie widoczność nie należała do najwspanialszych – daleko było do turkusowo-niebieskich przewodnikowych zdjęć, ale to podobno zależy od czasu i ogólnego stanu pogody. Ale i tak było przepięknie – kolorowe rybki, rafy, jaskinia z prześwitem, wodne stworki o szumnej nazwie the Christmas Tree – są małe i kolorowe, wyglądają jak małe krzaczki ozdabiające skałę ale gdy się do nich zbliży palec chowają się w ułamku sekundy po to, żeby wyrosnąć na nowo jak już poczują się bezpiecznie. Pod sam koniec drugiego nurkowania totalna niespodzianka – BYŁ ŻÓŁW! I śmiejące się oczy..:)
Dalszy przebieg wydarzeń na koh tao był równie ciekawy, no może poza przypadkiem z wypożyczonym motorem – miało być no problem– no ale niestety..ja cała – motorek już mniej:/ no i za błędy trzeba płacić – a konkretniej to za pecha - no ale nic to. Nurkowania był ciąg dalszy i nadszedł czas wyjazdu z tej pięknej drożyzny, przez Bangkok do Ayuttayi – czyli ruszamy na północ.
Pierwsze „małe” kroki po wyjściu z katamaranu, który przycumował do lądu były skierowane na centralną plażę wyspy – Sairee Beach. Na długości może jednego km malowniczego wybrzeża stacjonują tu szkoły nurkowe, mały szpital, resorty oferujące turystom bungalowy rożnych standardów, baseny, możliwość tajskiego masażu i miłego czasu w spa no i przede wszystkim knajpki małe i duże, od których w godzinach popołudniowych można wyczuć zapach grillowanego sea foodu i innych pyszności. Oczywiście oferują cały wachlarz zachodniej kuchni ale widok w menu "chili con carne" jako "western speciality" wywołał uśmiech na twarzy. Przez cała sairee beach prowadzi brukowana ścieżka od której na lewo, w głąb lądu znajdują się wszystkie resorty a na prawo piękna plaża z rafa koralowa a przy niej bazy nurkowe i restauracje. Jest sporo straganów z pierdołami, obowiązkowo 3 7/11 dwie stacje benzynowe, Mały supermarket - a nawet komisariat policji, czyli tak naprawdę "wszystko" co jest potrzebne do życia. Policji od 4 dni nie widziałam ani razu, w sumie najbardziej dziwiłam się, kiedy olbrzymia grupa po finale mundialu (a była tutaj wtedy 4 rano) wsiadała pod zdecydowanym, naprawdę zdecydowanym wpływem na motorki i robiąc wielkie łuki i zakręty próbowała jechać. Rachel, zapoznana divemaster ze szkoły z która nurkowałam opowiadała mi ze policja tak naprawdę w ogóle nie zwraca uwagi na alkohol a cała swoją energię przekłada na walkę z narkotykami na wyspie. Podobno idzie im całkiem nieźle, a restrykcje są podobne w całej Tajlandii.
A co do spraw przyjemniejszych to tak : -Woda ma tutaj jedyne 31 C – nigdy wcześniej moja stopa w takiej się nie taplała i zaliczyłam naprawdę fajne nury. W prawdzie widoczność nie należała do najwspanialszych – daleko było do turkusowo-niebieskich przewodnikowych zdjęć, ale to podobno zależy od czasu i ogólnego stanu pogody. Ale i tak było przepięknie – kolorowe rybki, rafy, jaskinia z prześwitem, wodne stworki o szumnej nazwie the Christmas Tree – są małe i kolorowe, wyglądają jak małe krzaczki ozdabiające skałę ale gdy się do nich zbliży palec chowają się w ułamku sekundy po to, żeby wyrosnąć na nowo jak już poczują się bezpiecznie. Pod sam koniec drugiego nurkowania totalna niespodzianka – BYŁ ŻÓŁW! I śmiejące się oczy..:)
Dalszy przebieg wydarzeń na koh tao był równie ciekawy, no może poza przypadkiem z wypożyczonym motorem – miało być no problem– no ale niestety..ja cała – motorek już mniej:/ no i za błędy trzeba płacić – a konkretniej to za pecha - no ale nic to. Nurkowania był ciąg dalszy i nadszedł czas wyjazdu z tej pięknej drożyzny, przez Bangkok do Ayuttayi – czyli ruszamy na północ.
7/11/2010
Małymi krokami przez południową Tajlandię...
Panie i Panowie, proszę przygotować się do lądowania – właśnie zbliżamy się do Bangkoku…Każdy, kto kiedykolwiek wylądował samolotem jakichkolwiek linii lotniczych w Azji południowo-wschodniej zna uczucie jedynego w swoim rodzaju „uderzenia powietrza” jaki otrzymujemy po zaraz po wyjściu z samolotu. Ja po raz kolejny, doświadczyłam tego samego. Po arktycznej klimatyzacji ukraińskich linii lotniczych Aerosvit poczułam w sekundę uderzenie ciepła i wilgotności, jakimi przywitała mnie stolica Tajlandii. W prawdzie trochę rozżalona obsługą samolotu - (no bo co to ma być, żeby alkohol był płatny) ;) wylądowałam po raz drugi w Bangkoku o 4 nad ranem czasu lokalnego. Tutaj tak naprawdę dotarło do mnie, że rozpoczynam swoją podróż. Pierwsze kroki postawiłam nie gdzie indziej a na Khao san rd i dotarłam do „słowakowego” Sweety Guest House. W prawdzie Sweety pozstał Sweetym w każym tego słowa znaczeniu, a poziom zakwaterowania zatrzymał się na roku 63’ to nastąpił zdecydowany postęp technologiczny -można się podpiąć pod nielegalne wifi ;) Jako, że Bangkok nigdy nie należał do moich ulubionych miejsc na ziemi a spragniona odpoczynku, wody i nurkowania postanowiłam nie czekać i od razu zarezerwowałam bilet na wyspę Koh Tao. Tajska wyspa żółwi – jak się o niej mówi jest małym rajem na Ziemi. Jako, że podczas większości słowikowych wypraw plaże były „owocem zakazanym” z przyczyn powszechnie wszystkim znanych, do tej pory udało mi się doświadczyć rajskich plaż na Borneo. Tutaj plaże są podobnie wyjątkowe, na pewno czystsze i hm..intymniejsze, każdy może znaleźć zakątek dla siebie po mimo sporej ilości turystów. A woda? Woda jest niesamowicie czysta i cieplejsza niż temperatura powietrza! Głównym celem przyjazdu na koh tao dla większości osób, tak samo jak moim jest nurkowanie. Okolice wyspy słyną z niesamowitych spotów nurkowych, jak również z niesamowitych cen dla zwykłego backpeckersa. Jednak czy miejsce jest warte swojej ceny, a zakładam ze na pewno – okaże się jutro koło południa. Dzisiaj emocje finału mundialu na telebimie na plaży i może jakas ekipa do gula – jednym z plusów mojego samotnego podróżowania jest bycie Rycerzem Buffalo, ale incognito :P czy lewa czy prawa – nie ma znaczenia;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

