Droga z Luang Prabang do oddalonego od tego miejsca o jakieś 200km Vang Vieng na południe kraju jest jedna z najbardziej malowniczych tras jakie dotychczas udało mi się przejechać lokalnym autobusem. Piękne widoki, niesamowite góry, które pojawiają się nagle na horyzoncie i zbliżają się wraz ze zmniejszającą odległością do Vang Vieng zdecydowanie bardzo pozytywnie wpływają na trudy podróży. Vang vieng będące mekką imprezowiczów przyciąga młodych podróżników na kilka dni w swoje ramiona żeby pooglądać „Przyjaciół” przy każdym posiłku dnia w lokalnych restauracjach, pojechać na tubing, czyli spływ Mekongiem na dużych kołach zatrzymując się w kolejnych knajpkach na orzeźwiające napoje… i zakosztować relaksu.
Niektórzy zostają tam chwile, inni przedłużają wypad do Vang Vieng o kilka dobrych dni:)
Z Vang Vieng po pożegnaniu z Terry pojechałam do Wientian, stolicy Laosu którą od Tajlandii oddziela tylko Mekong. Stolica nie ma w sobie za dużo uroku a dla mnie było to przede wszystkim miejsce do załatwienia wietnamskiej wizy. Miły pan w konsulacie poogladal z zaciekawieniem paszport, nakazał zapłacić konkretna sumę i pojawić się następnego dnia po obiór wizy. Pojawił się tym sposobem czas na zwiedzanie i długie przechadzki po ulicach miasta.
I w tym momencie robi się coraz ciekawiej, ponieważ rozpoczyna się dłuższa wizyta w południowym Laosie. Teraz pisze już to z perspektywy czasu, ale może to i lepiej bo z całą pewnością mogę powiedzieć, ze południe (poza Luang Prabang) tego kraju jest dla mnie numerem jeden dotychczasowej podróży. Z Wientian zapakowałam się do nocnego autobusu do Pakse, sporej jak na Laos miejscowości. Przejażdżka była o tyle nowością, że po raz pierwszy jechałam w tkz „sleeper busie” z normalnymi leżankami i poduszkami. Zdecydowanie dużo wygodniejsze nocne podróżowanie w dalekich dystansach. W Pakse w tempie ekspresowym zakupiłam bilet do Wietnamu z wyprzedzeniem kilkudniowym i od razu zapakowawszy się do minibusa pojechałam do laotańskiej krainy 4 tysięcy wysp na samej granicy z Kambodżą. Główny ośrodek turystyczny tej krainy (o ile w ogole można o takowym mówić) stanowią dwie wyspy – większa Dong Khong i mniejsza, na której zatrzymują się backpakersi Dong Det. Po przepłynięciu małego dystansu łódką napakowaną po dach wszystkim co możliwe postawiłam pierwsze kroki na tej wysepce. Cała wysepka to kilkanaście małych knajpek, bungalowy z widokiem na wschód albo zachód słońca i mały mini market. Pierwsza myśl – takie Koh tao ale 40lat wstecz;) Zapoznałam kilka sympatycznych osób, w tym dziewczynę z Izraela z którą potem dzieliłam zarówno bungalow jak i wielogodzinne opowieści i rozmowy o Indiach, w których ona spędziła ostatnio kilka miesięcy. Udało nam się następnego dnia wynająć rowerki żeby wyspę przejechać od lewej do prawej i pojechać na sąsiadującą z nią wyspe Dong Khong, na której to z kolei główną atrakcją jest spory wodospad oraz widok dzikich delfinów, które pojawiają się dwa razy dziennie i cieszą swoim widokiem wypatrujących ich turystów. Pobyt na wyspach okazał się pięknym spędzeniem 2 dni wyjazdu. Po powrocie do Pakse przez przypadek spotkałam parę Francuzów, którzy z ochotą przystali na propozycję wycieczki do okolicznego Champasak – gdzie znajdują się ruiny khmerskie, mniejsze ale starsze od Angor Wat w Kambodzy i do dwóch okolicznych wodospadów co okazało się totalnym strzałem w dziesiątkę. Piękne miejsce, prawie żadnych turystów, śliczne widoki – a na zakończenie ogromny wodospad z kolorową tęczą na jego tle – magia..czyli to, co najfajniejsze. I tym pięknym sposobem kończy się mój pobyt w Laosie. Ostatni wieczór, ostatnie Beer Lao i jutro zaczyna się „never ending” droga do Hanoi… Jak było? Nie wiem kiedy minął miesiąc…;)