Pisząc o "niekonczacej się" drodze do hanoi napewno nie miałam na myśli czegoś, co się wydarzyło w następnych kilkunastu godzinach. W sumie było po laotansku- ale bez przesady, nawet laotanskiej zmiany musza gdzieś mieć granice. Miał być miły autobus, był 20 osobowy średni-bus (jeżeli można go tak nazwać)
w którym jechało o 100% wiecej osób niż zostało przewidziane wg ilości miejsc. Problem ten błyskawicznie został rozwiązany przez postawienie małych plastikowych tqborecikow w przejściu. W gronie pozdrozujacych poza samymi laotanczykami i wietnamczykami (nikt, zupełnie nikt nie potrafił słowa po angielsku) jechały z nami pól-żywe kury i inne zwierza, zapakowane w worki oraz niezidentyfikowane przeze mnie ryby w dwóch ogromnych plastikowych wiadrach -szczęśliwie z przykrywka. I pomijając nie do końca szczęśliwych lokalnych podoznych którzy zdecydowanie nie byli zadowoleni z mojego obcowania w "ich" autobusie, ten zesz to postanowił się po 3H jazdy zepsuć. Zepsucie było o tyle nieszczęśliwe ze wiązało się z 10h postoju na środku drogi, gdzie ani w lewo ani w prawo nie ma nic, oczywiście w środku dnia, kiedy to akurat monsun postanowił pójść sobie precz:) zapachy wszechobecne były wyborne, a przyjaznosc wspolpodroznych do mojej osoby jako intruza pozostawiała sobie wiele do życzenia. O północy w końcu autobus ruszył do pobliskiego "guest housu" gdzie pokazali palcem na podłogę i nakazali spać. O świcie udało się wyruszyć w stronę granicy i tam ja szczęśliwie przekroczyć. Następnie czekały mnie kolejne 3H do dong ha pierwszego przystanku w Wietnamie i mojego miejsca przesiadkowego w drodze do hanoi. "mili" kierowcy postanowili nie zrozumieć moich słów "bus station" a myślałam ze to w miarę międzynarodowe określenie i nie przesadzajac wyrzucić mnie na środku glownej drogi kilka km przed dong ha. No ok, ja wyszłam samodzielnie ale po tym jak mój plecak pofrunal z
Luku bagazowego na ulice:/ i tak tez siedząc na krawężniku i oceniając swoje śmierdzące, zmęczone, spragnione i jeszcze pare innych położenie, podjechalo do mnie dwóch panów na motorkach. Kiedy zorientowalam się ze są kolejnymi którzy ni w ząb po angielsku nie potrafią, oslablam totalnie i zrezygnowana zaczęłam maszerować wzdłuż drogi. Po chwili mnie dogonili i przekazali telefon komórkowy- pan powiedział jako pierwszy "dont worry, i be 15 min". Nie mając wiele do stracenia siadlam na krawężniku i postanowiłam czekać. I tym sposobem poznałam Pana Donga:) PAn Dong można powiedziec, mój wybawca z dong ha (zbieżność chyba przypadkowa) po krótkiej rozmowie zabrał mnie do miejsca gdzie można zakupić bilet do hanoi, za którego zapłacił bo ja miałam same drobne po wymianie z laotanskich kitow, następnie zabrał mnie do małego guest haousu gdzie wytargowal mi pokój na prysznic i zostawienie bagaży, zabrał na śniadanie, i po wymianę dolarów. Jak się okazało był lokalnym farmerm który dorabial jako przewodnik. Przesympatyczny i świetny starszy pan. Powiedział ze 17 km od miasta jest plaża i mogę tam pojechać i odpocząć- pomysł okazal sie byc rewelacyjny. Malownicza droga do pięknej, piaszczystej płazy z wieloma muszelkami, małe lokalne knajpki, zero, zero turystów wiec byłam jedyna osoba po niej spacerujaca. Po tak zakończonym dniu i wielu opowieściach Pana Donga, czasem trudnych do rozszyfrowania przez tkz "barierę językowa" wsiadlam do autokaru z myszka miki do Hanoi.. Z przygodami zamykamy etap podróży numer jeden a zaczynamy jutro od 9 rano drugi jak to mówią z "Grupa Gullu-Gul" :)
Czas z gulu gul już trwa i cdn;))
8/16/2010
8/04/2010
Saukdee Laos
Droga z Luang Prabang do oddalonego od tego miejsca o jakieś 200km Vang Vieng na południe kraju jest jedna z najbardziej malowniczych tras jakie dotychczas udało mi się przejechać lokalnym autobusem. Piękne widoki, niesamowite góry, które pojawiają się nagle na horyzoncie i zbliżają się wraz ze zmniejszającą odległością do Vang Vieng zdecydowanie bardzo pozytywnie wpływają na trudy podróży. Vang vieng będące mekką imprezowiczów przyciąga młodych podróżników na kilka dni w swoje ramiona żeby pooglądać „Przyjaciół” przy każdym posiłku dnia w lokalnych restauracjach, pojechać na tubing, czyli spływ Mekongiem na dużych kołach zatrzymując się w kolejnych knajpkach na orzeźwiające napoje… i zakosztować relaksu.
Niektórzy zostają tam chwile, inni przedłużają wypad do Vang Vieng o kilka dobrych dni:)
Z Vang Vieng po pożegnaniu z Terry pojechałam do Wientian, stolicy Laosu którą od Tajlandii oddziela tylko Mekong. Stolica nie ma w sobie za dużo uroku a dla mnie było to przede wszystkim miejsce do załatwienia wietnamskiej wizy. Miły pan w konsulacie poogladal z zaciekawieniem paszport, nakazał zapłacić konkretna sumę i pojawić się następnego dnia po obiór wizy. Pojawił się tym sposobem czas na zwiedzanie i długie przechadzki po ulicach miasta.
I w tym momencie robi się coraz ciekawiej, ponieważ rozpoczyna się dłuższa wizyta w południowym Laosie. Teraz pisze już to z perspektywy czasu, ale może to i lepiej bo z całą pewnością mogę powiedzieć, ze południe (poza Luang Prabang) tego kraju jest dla mnie numerem jeden dotychczasowej podróży. Z Wientian zapakowałam się do nocnego autobusu do Pakse, sporej jak na Laos miejscowości. Przejażdżka była o tyle nowością, że po raz pierwszy jechałam w tkz „sleeper busie” z normalnymi leżankami i poduszkami. Zdecydowanie dużo wygodniejsze nocne podróżowanie w dalekich dystansach. W Pakse w tempie ekspresowym zakupiłam bilet do Wietnamu z wyprzedzeniem kilkudniowym i od razu zapakowawszy się do minibusa pojechałam do laotańskiej krainy 4 tysięcy wysp na samej granicy z Kambodżą. Główny ośrodek turystyczny tej krainy (o ile w ogole można o takowym mówić) stanowią dwie wyspy – większa Dong Khong i mniejsza, na której zatrzymują się backpakersi Dong Det. Po przepłynięciu małego dystansu łódką napakowaną po dach wszystkim co możliwe postawiłam pierwsze kroki na tej wysepce. Cała wysepka to kilkanaście małych knajpek, bungalowy z widokiem na wschód albo zachód słońca i mały mini market. Pierwsza myśl – takie Koh tao ale 40lat wstecz;) Zapoznałam kilka sympatycznych osób, w tym dziewczynę z Izraela z którą potem dzieliłam zarówno bungalow jak i wielogodzinne opowieści i rozmowy o Indiach, w których ona spędziła ostatnio kilka miesięcy. Udało nam się następnego dnia wynająć rowerki żeby wyspę przejechać od lewej do prawej i pojechać na sąsiadującą z nią wyspe Dong Khong, na której to z kolei główną atrakcją jest spory wodospad oraz widok dzikich delfinów, które pojawiają się dwa razy dziennie i cieszą swoim widokiem wypatrujących ich turystów. Pobyt na wyspach okazał się pięknym spędzeniem 2 dni wyjazdu. Po powrocie do Pakse przez przypadek spotkałam parę Francuzów, którzy z ochotą przystali na propozycję wycieczki do okolicznego Champasak – gdzie znajdują się ruiny khmerskie, mniejsze ale starsze od Angor Wat w Kambodzy i do dwóch okolicznych wodospadów co okazało się totalnym strzałem w dziesiątkę. Piękne miejsce, prawie żadnych turystów, śliczne widoki – a na zakończenie ogromny wodospad z kolorową tęczą na jego tle – magia..czyli to, co najfajniejsze. I tym pięknym sposobem kończy się mój pobyt w Laosie. Ostatni wieczór, ostatnie Beer Lao i jutro zaczyna się „never ending” droga do Hanoi… Jak było? Nie wiem kiedy minął miesiąc…;)
Niektórzy zostają tam chwile, inni przedłużają wypad do Vang Vieng o kilka dobrych dni:)
Z Vang Vieng po pożegnaniu z Terry pojechałam do Wientian, stolicy Laosu którą od Tajlandii oddziela tylko Mekong. Stolica nie ma w sobie za dużo uroku a dla mnie było to przede wszystkim miejsce do załatwienia wietnamskiej wizy. Miły pan w konsulacie poogladal z zaciekawieniem paszport, nakazał zapłacić konkretna sumę i pojawić się następnego dnia po obiór wizy. Pojawił się tym sposobem czas na zwiedzanie i długie przechadzki po ulicach miasta.
I w tym momencie robi się coraz ciekawiej, ponieważ rozpoczyna się dłuższa wizyta w południowym Laosie. Teraz pisze już to z perspektywy czasu, ale może to i lepiej bo z całą pewnością mogę powiedzieć, ze południe (poza Luang Prabang) tego kraju jest dla mnie numerem jeden dotychczasowej podróży. Z Wientian zapakowałam się do nocnego autobusu do Pakse, sporej jak na Laos miejscowości. Przejażdżka była o tyle nowością, że po raz pierwszy jechałam w tkz „sleeper busie” z normalnymi leżankami i poduszkami. Zdecydowanie dużo wygodniejsze nocne podróżowanie w dalekich dystansach. W Pakse w tempie ekspresowym zakupiłam bilet do Wietnamu z wyprzedzeniem kilkudniowym i od razu zapakowawszy się do minibusa pojechałam do laotańskiej krainy 4 tysięcy wysp na samej granicy z Kambodżą. Główny ośrodek turystyczny tej krainy (o ile w ogole można o takowym mówić) stanowią dwie wyspy – większa Dong Khong i mniejsza, na której zatrzymują się backpakersi Dong Det. Po przepłynięciu małego dystansu łódką napakowaną po dach wszystkim co możliwe postawiłam pierwsze kroki na tej wysepce. Cała wysepka to kilkanaście małych knajpek, bungalowy z widokiem na wschód albo zachód słońca i mały mini market. Pierwsza myśl – takie Koh tao ale 40lat wstecz;) Zapoznałam kilka sympatycznych osób, w tym dziewczynę z Izraela z którą potem dzieliłam zarówno bungalow jak i wielogodzinne opowieści i rozmowy o Indiach, w których ona spędziła ostatnio kilka miesięcy. Udało nam się następnego dnia wynająć rowerki żeby wyspę przejechać od lewej do prawej i pojechać na sąsiadującą z nią wyspe Dong Khong, na której to z kolei główną atrakcją jest spory wodospad oraz widok dzikich delfinów, które pojawiają się dwa razy dziennie i cieszą swoim widokiem wypatrujących ich turystów. Pobyt na wyspach okazał się pięknym spędzeniem 2 dni wyjazdu. Po powrocie do Pakse przez przypadek spotkałam parę Francuzów, którzy z ochotą przystali na propozycję wycieczki do okolicznego Champasak – gdzie znajdują się ruiny khmerskie, mniejsze ale starsze od Angor Wat w Kambodzy i do dwóch okolicznych wodospadów co okazało się totalnym strzałem w dziesiątkę. Piękne miejsce, prawie żadnych turystów, śliczne widoki – a na zakończenie ogromny wodospad z kolorową tęczą na jego tle – magia..czyli to, co najfajniejsze. I tym pięknym sposobem kończy się mój pobyt w Laosie. Ostatni wieczór, ostatnie Beer Lao i jutro zaczyna się „never ending” droga do Hanoi… Jak było? Nie wiem kiedy minął miesiąc…;)
7/25/2010
Spełniona obetnica z Luang Prabang
Moim pierwszym skojarzeniem z Laosem, o którym zawsze dużo słyszałam od wszystkich, którzy już tutaj byli, widzieli i smakowali, było miasto Luang Prabang. Ten niewielki zakamarek, który znajduje się w północnym Laosie jakieś 300 km od stolicy kraju nie na darmo został uhonorowany przez UNESCO. Dlatego też, nie mogłam się doczekać kiedy tu w końcu dojadę, zakosztuje tych widoków, wspaniałych kulinariów i magicznych świątyń. I tak też się stało. Dojechałyśmy do Luang Prabang późnym wieczorem po dość przedłużonej podróży z północy. Wypadek po drodze i dwie „pany” rozciągnęły drogę o jakieś 4h od tego planowanego czasu. Ryzyko wyjazdowe ;)
Jestem tutaj już 3 dzień, a od dwóch leje niemiłosiernie. W prawdzie z przerwami – ale niewielkimi. Bardzo niepocieszona, ze ciężko będzie cokolwiek zobaczyć w strugach deszczu nie dawałam za wygraną i pierwszego dnia był wodospad, drugiego okoliczne jaskinie ale ciągle brakowało świątyń, czyli tego, co najważniejsze i najpiękniejsze. Szczęśliwie obietnica z wczorajszego wieczoru została dotrzymana i dnia trzeciego, ostatniego pojawiło się słońce. Warto było czekać i zostać jeszcze jeden dzień.
Miasteczko poza zabytkami i okolicznymi atrakcjami dla turystów słynie ze swojej lokalnej kuchni. Wiele restauracji oprócz „free wifi” proponuje możliwość zrobienia kursu gotowania laotańskich przysmaków. W godzinach popołudniowych główna ulica, przy której mieści się wiele zachodnich knajpek ze śniadaniami, obiadami, lodami i różnistymi przysmakami , sklepikami, i agencjami turystycznymi zamienia się w night market na całej swojej szerokości. Poza straganami, gdzie od ręki można dostać bagietkę z szynką i serem i warzywami i świeżego fruit shaka jest milion stanowisk z biżuterią (oczywiście, że NIE srebrna, chociaż niektóre ceny mogłyby na to wskazywać) ubraniami, pamiątkami, torbami, papierowymi albumami i notesikami czyli wszystkim, co można znaleźć na laotańskim pchlim targu.
Chociaż wielu mówi, że to najbardziej turystyczne miejsce Laosu i zostało ostatnio nawet zakwalifikowane jak usłyszałam do „Best place for 60 years old people” to będę bronić jak niepodległości faktu, że jest miejscem uroczym i miłym dla oka i na pewno wartym dużej szuflady w pamięci.
Jestem tutaj już 3 dzień, a od dwóch leje niemiłosiernie. W prawdzie z przerwami – ale niewielkimi. Bardzo niepocieszona, ze ciężko będzie cokolwiek zobaczyć w strugach deszczu nie dawałam za wygraną i pierwszego dnia był wodospad, drugiego okoliczne jaskinie ale ciągle brakowało świątyń, czyli tego, co najważniejsze i najpiękniejsze. Szczęśliwie obietnica z wczorajszego wieczoru została dotrzymana i dnia trzeciego, ostatniego pojawiło się słońce. Warto było czekać i zostać jeszcze jeden dzień.
Miasteczko poza zabytkami i okolicznymi atrakcjami dla turystów słynie ze swojej lokalnej kuchni. Wiele restauracji oprócz „free wifi” proponuje możliwość zrobienia kursu gotowania laotańskich przysmaków. W godzinach popołudniowych główna ulica, przy której mieści się wiele zachodnich knajpek ze śniadaniami, obiadami, lodami i różnistymi przysmakami , sklepikami, i agencjami turystycznymi zamienia się w night market na całej swojej szerokości. Poza straganami, gdzie od ręki można dostać bagietkę z szynką i serem i warzywami i świeżego fruit shaka jest milion stanowisk z biżuterią (oczywiście, że NIE srebrna, chociaż niektóre ceny mogłyby na to wskazywać) ubraniami, pamiątkami, torbami, papierowymi albumami i notesikami czyli wszystkim, co można znaleźć na laotańskim pchlim targu.
Chociaż wielu mówi, że to najbardziej turystyczne miejsce Laosu i zostało ostatnio nawet zakwalifikowane jak usłyszałam do „Best place for 60 years old people” to będę bronić jak niepodległości faktu, że jest miejscem uroczym i miłym dla oka i na pewno wartym dużej szuflady w pamięci.
7/21/2010
On my way to Laos
Droga z koh tao do Bangkoku była jedną z moich fajniejszych przejażdżek pociągowych w Azji. Na peronie poznałam fantastyczną dziewczynę , holenderkę, która od trzech lat mieszka na stałe na Karaibach. Terry podróżuje już od jakiś 3 miesięcy zaczynając od Fidżi przez Australię, Indonezję, Tajlandię i teraz już Laos. Zaraz po załadowaniu się do pociągu pomaszerowałyśmy nie gdzie indziej jak do tajskiego Warsu, w którym – uwaga – już trwała impreza. Przy lokalnej muzyce były tańce i hulance, zapoznanie z czwórką przesympatycznych anglików. Zaraz z Bangkoku bladym świtem pojechałyśmy do Ajuttayah – jakieś niecałe 2h drogi pociągiem. Tam całodniowa przejażdżka rowerkami po okolicznych świątyniach i zaraz nocny autokar do Chiang Mai.
Chiang Mai tak nie należy na pewno do najbardziej spokojnych i chilloutowych miast – ale czego można się spodziewać jeśli jest jednym z największych miast Tajlandii. Jest w prawdzie kilka miejsc wartych zobaczenia, ale nam nie do końca dopisała pogoda a dziwy były wielkie kiedy przede mną stanęły dwa Mc Donaldy, Burger King (to jeszcze było ok) ale cały sklep Haagen dazs? – za dużo Europy w Azji.
I tym sposobem, kierując się dalej na północ Tajlandii dojechałam do granicy z Laosem. Wszystko jest wolniejsze, spokojniejsze, ludzie sympatyczniejsi, telefony komórkowe przestają działać, 11.30 okazuje się 12.30 i tak dalej i tak dalej – kraj uczący cierpliwości dla nerwusów Oczywiście okazało się, że moje obawy na dostanie tylko 15 dniowej wizy laotańskiej on arrival ( jak mi powiedziano jeszcze w Chiang Mai) były zupełnie niepotrzebne, bo miły Pan w okienku wołał „Miss Magdalena” „Miss Magdalena from Poland” i wręczył mi paszport z wizą i stempelkiem, na którym data wyjazdu była wyznaczona dopiero za miesiąc. Tym sposobem, nie musze pruć przez Laos tylko wyjechać z niego w odpowiednim dla siebie momencie. Z granicy po 7h podróży lokalnym autobusem (ani jednego turysty hurra!) dojechałam do Luang Namtha, niedaleko od granicy z Chinami i Myanmarem.
A tutaj jedną z atrakcji proponowanych przez agencje pro-ekologiczne (z tego słynie ten region) i duży procent z wpłaty turysty za wycieczki jakimi mogą być trekingi, spływy, itp, Jest przekazywany na „konto” okolicznych plemion. I tym sposobem, ja i Terry postanowiłyśmy się wybrać na spływ kajakowy. Świetna przygoda, dwa przystanki w okolicznych wioskach – jedzenie rękami ze wspólnego garnka – uwaga – jednego z najlepszych azjatyckich posiłków jakie kiedykolwiek miałam możliwość spróbować – między innymi pędy bambusa z kawałkami mięsa, warzywka i laotański specyficzny sticky rice – rewelacja! Jedziemy dalej do Luang Prabang.
Chiang Mai tak nie należy na pewno do najbardziej spokojnych i chilloutowych miast – ale czego można się spodziewać jeśli jest jednym z największych miast Tajlandii. Jest w prawdzie kilka miejsc wartych zobaczenia, ale nam nie do końca dopisała pogoda a dziwy były wielkie kiedy przede mną stanęły dwa Mc Donaldy, Burger King (to jeszcze było ok) ale cały sklep Haagen dazs? – za dużo Europy w Azji.
I tym sposobem, kierując się dalej na północ Tajlandii dojechałam do granicy z Laosem. Wszystko jest wolniejsze, spokojniejsze, ludzie sympatyczniejsi, telefony komórkowe przestają działać, 11.30 okazuje się 12.30 i tak dalej i tak dalej – kraj uczący cierpliwości dla nerwusów Oczywiście okazało się, że moje obawy na dostanie tylko 15 dniowej wizy laotańskiej on arrival ( jak mi powiedziano jeszcze w Chiang Mai) były zupełnie niepotrzebne, bo miły Pan w okienku wołał „Miss Magdalena” „Miss Magdalena from Poland” i wręczył mi paszport z wizą i stempelkiem, na którym data wyjazdu była wyznaczona dopiero za miesiąc. Tym sposobem, nie musze pruć przez Laos tylko wyjechać z niego w odpowiednim dla siebie momencie. Z granicy po 7h podróży lokalnym autobusem (ani jednego turysty hurra!) dojechałam do Luang Namtha, niedaleko od granicy z Chinami i Myanmarem.
A tutaj jedną z atrakcji proponowanych przez agencje pro-ekologiczne (z tego słynie ten region) i duży procent z wpłaty turysty za wycieczki jakimi mogą być trekingi, spływy, itp, Jest przekazywany na „konto” okolicznych plemion. I tym sposobem, ja i Terry postanowiłyśmy się wybrać na spływ kajakowy. Świetna przygoda, dwa przystanki w okolicznych wioskach – jedzenie rękami ze wspólnego garnka – uwaga – jednego z najlepszych azjatyckich posiłków jakie kiedykolwiek miałam możliwość spróbować – między innymi pędy bambusa z kawałkami mięsa, warzywka i laotański specyficzny sticky rice – rewelacja! Jedziemy dalej do Luang Prabang.
7/17/2010
7/16/2010
7/14/2010
Kochane Koh Tao
Koh Tao to jedna z mniejszych wysp Tajlandii o powierzchni 21m2 a sama nazwa (Wyspa Żółwi) wcale nie jest związana z oszałamiającą ilością tych wodnych stworków a z jej kształtem. Tak naprawdę, zobaczenie żółwia podczas nurkowania jest dużym szczęściem i bardzo rzadkim przypadkiem według tutejszych instruktorów, którzy dziennie schodzą pod wodę co najmniej dwa razy, ale do tego wrócimy.. Koh tao zamieszkuje na stałe około 1400 mieszkańców, a sporą ich część stanowią biali – głównie Anglicy, Irlandczycy i Australijczycy. Są to ludzie w różnym wieku, którzy albo prowadzą szkoły nurkowe albo są ich pracownikami. Najczęściej przyjechali tu na kilka dni, a zostali kilka lat;) Poczułam się tu jak na mocno unowocześnionej i zdecydowanie bardziej otwartej dla przyjezdnych filmowej „wyspie”, bo można wyczuć od tych ludzi, że znaleźli swój mały raj na ziemi, bez problemów, z chilloutem 24h i tworzą razem taką zamkniętą oazę szczęścia a, co najważniejsze – odpowiada im takie życie bardziej niż to, które prowadzili wcześniej. Jeff, instruktor z pierwszej szkoły nurkowej do której trafiłam, kiedy zapytana przez niego nie wiedziałam ile dni tutaj zostanę powiedział: „- wiesz, rozumiem, ja tu przyjechałem z założenia na 3 dni, a teraz minie 8 lat odkąd tu mieszkam”..Ja nie miałam akurat na myśli takiej czasoprzestrzeni, ale….;)
Pierwsze „małe” kroki po wyjściu z katamaranu, który przycumował do lądu były skierowane na centralną plażę wyspy – Sairee Beach. Na długości może jednego km malowniczego wybrzeża stacjonują tu szkoły nurkowe, mały szpital, resorty oferujące turystom bungalowy rożnych standardów, baseny, możliwość tajskiego masażu i miłego czasu w spa no i przede wszystkim knajpki małe i duże, od których w godzinach popołudniowych można wyczuć zapach grillowanego sea foodu i innych pyszności. Oczywiście oferują cały wachlarz zachodniej kuchni ale widok w menu "chili con carne" jako "western speciality" wywołał uśmiech na twarzy. Przez cała sairee beach prowadzi brukowana ścieżka od której na lewo, w głąb lądu znajdują się wszystkie resorty a na prawo piękna plaża z rafa koralowa a przy niej bazy nurkowe i restauracje. Jest sporo straganów z pierdołami, obowiązkowo 3 7/11 dwie stacje benzynowe, Mały supermarket - a nawet komisariat policji, czyli tak naprawdę "wszystko" co jest potrzebne do życia. Policji od 4 dni nie widziałam ani razu, w sumie najbardziej dziwiłam się, kiedy olbrzymia grupa po finale mundialu (a była tutaj wtedy 4 rano) wsiadała pod zdecydowanym, naprawdę zdecydowanym wpływem na motorki i robiąc wielkie łuki i zakręty próbowała jechać. Rachel, zapoznana divemaster ze szkoły z która nurkowałam opowiadała mi ze policja tak naprawdę w ogóle nie zwraca uwagi na alkohol a cała swoją energię przekłada na walkę z narkotykami na wyspie. Podobno idzie im całkiem nieźle, a restrykcje są podobne w całej Tajlandii.
A co do spraw przyjemniejszych to tak : -Woda ma tutaj jedyne 31 C – nigdy wcześniej moja stopa w takiej się nie taplała i zaliczyłam naprawdę fajne nury. W prawdzie widoczność nie należała do najwspanialszych – daleko było do turkusowo-niebieskich przewodnikowych zdjęć, ale to podobno zależy od czasu i ogólnego stanu pogody. Ale i tak było przepięknie – kolorowe rybki, rafy, jaskinia z prześwitem, wodne stworki o szumnej nazwie the Christmas Tree – są małe i kolorowe, wyglądają jak małe krzaczki ozdabiające skałę ale gdy się do nich zbliży palec chowają się w ułamku sekundy po to, żeby wyrosnąć na nowo jak już poczują się bezpiecznie. Pod sam koniec drugiego nurkowania totalna niespodzianka – BYŁ ŻÓŁW! I śmiejące się oczy..:)
Dalszy przebieg wydarzeń na koh tao był równie ciekawy, no może poza przypadkiem z wypożyczonym motorem – miało być no problem– no ale niestety..ja cała – motorek już mniej:/ no i za błędy trzeba płacić – a konkretniej to za pecha - no ale nic to. Nurkowania był ciąg dalszy i nadszedł czas wyjazdu z tej pięknej drożyzny, przez Bangkok do Ayuttayi – czyli ruszamy na północ.
Pierwsze „małe” kroki po wyjściu z katamaranu, który przycumował do lądu były skierowane na centralną plażę wyspy – Sairee Beach. Na długości może jednego km malowniczego wybrzeża stacjonują tu szkoły nurkowe, mały szpital, resorty oferujące turystom bungalowy rożnych standardów, baseny, możliwość tajskiego masażu i miłego czasu w spa no i przede wszystkim knajpki małe i duże, od których w godzinach popołudniowych można wyczuć zapach grillowanego sea foodu i innych pyszności. Oczywiście oferują cały wachlarz zachodniej kuchni ale widok w menu "chili con carne" jako "western speciality" wywołał uśmiech na twarzy. Przez cała sairee beach prowadzi brukowana ścieżka od której na lewo, w głąb lądu znajdują się wszystkie resorty a na prawo piękna plaża z rafa koralowa a przy niej bazy nurkowe i restauracje. Jest sporo straganów z pierdołami, obowiązkowo 3 7/11 dwie stacje benzynowe, Mały supermarket - a nawet komisariat policji, czyli tak naprawdę "wszystko" co jest potrzebne do życia. Policji od 4 dni nie widziałam ani razu, w sumie najbardziej dziwiłam się, kiedy olbrzymia grupa po finale mundialu (a była tutaj wtedy 4 rano) wsiadała pod zdecydowanym, naprawdę zdecydowanym wpływem na motorki i robiąc wielkie łuki i zakręty próbowała jechać. Rachel, zapoznana divemaster ze szkoły z która nurkowałam opowiadała mi ze policja tak naprawdę w ogóle nie zwraca uwagi na alkohol a cała swoją energię przekłada na walkę z narkotykami na wyspie. Podobno idzie im całkiem nieźle, a restrykcje są podobne w całej Tajlandii.
A co do spraw przyjemniejszych to tak : -Woda ma tutaj jedyne 31 C – nigdy wcześniej moja stopa w takiej się nie taplała i zaliczyłam naprawdę fajne nury. W prawdzie widoczność nie należała do najwspanialszych – daleko było do turkusowo-niebieskich przewodnikowych zdjęć, ale to podobno zależy od czasu i ogólnego stanu pogody. Ale i tak było przepięknie – kolorowe rybki, rafy, jaskinia z prześwitem, wodne stworki o szumnej nazwie the Christmas Tree – są małe i kolorowe, wyglądają jak małe krzaczki ozdabiające skałę ale gdy się do nich zbliży palec chowają się w ułamku sekundy po to, żeby wyrosnąć na nowo jak już poczują się bezpiecznie. Pod sam koniec drugiego nurkowania totalna niespodzianka – BYŁ ŻÓŁW! I śmiejące się oczy..:)
Dalszy przebieg wydarzeń na koh tao był równie ciekawy, no może poza przypadkiem z wypożyczonym motorem – miało być no problem– no ale niestety..ja cała – motorek już mniej:/ no i za błędy trzeba płacić – a konkretniej to za pecha - no ale nic to. Nurkowania był ciąg dalszy i nadszedł czas wyjazdu z tej pięknej drożyzny, przez Bangkok do Ayuttayi – czyli ruszamy na północ.
7/11/2010
Małymi krokami przez południową Tajlandię...
Panie i Panowie, proszę przygotować się do lądowania – właśnie zbliżamy się do Bangkoku…Każdy, kto kiedykolwiek wylądował samolotem jakichkolwiek linii lotniczych w Azji południowo-wschodniej zna uczucie jedynego w swoim rodzaju „uderzenia powietrza” jaki otrzymujemy po zaraz po wyjściu z samolotu. Ja po raz kolejny, doświadczyłam tego samego. Po arktycznej klimatyzacji ukraińskich linii lotniczych Aerosvit poczułam w sekundę uderzenie ciepła i wilgotności, jakimi przywitała mnie stolica Tajlandii. W prawdzie trochę rozżalona obsługą samolotu - (no bo co to ma być, żeby alkohol był płatny) ;) wylądowałam po raz drugi w Bangkoku o 4 nad ranem czasu lokalnego. Tutaj tak naprawdę dotarło do mnie, że rozpoczynam swoją podróż. Pierwsze kroki postawiłam nie gdzie indziej a na Khao san rd i dotarłam do „słowakowego” Sweety Guest House. W prawdzie Sweety pozstał Sweetym w każym tego słowa znaczeniu, a poziom zakwaterowania zatrzymał się na roku 63’ to nastąpił zdecydowany postęp technologiczny -można się podpiąć pod nielegalne wifi ;) Jako, że Bangkok nigdy nie należał do moich ulubionych miejsc na ziemi a spragniona odpoczynku, wody i nurkowania postanowiłam nie czekać i od razu zarezerwowałam bilet na wyspę Koh Tao. Tajska wyspa żółwi – jak się o niej mówi jest małym rajem na Ziemi. Jako, że podczas większości słowikowych wypraw plaże były „owocem zakazanym” z przyczyn powszechnie wszystkim znanych, do tej pory udało mi się doświadczyć rajskich plaż na Borneo. Tutaj plaże są podobnie wyjątkowe, na pewno czystsze i hm..intymniejsze, każdy może znaleźć zakątek dla siebie po mimo sporej ilości turystów. A woda? Woda jest niesamowicie czysta i cieplejsza niż temperatura powietrza! Głównym celem przyjazdu na koh tao dla większości osób, tak samo jak moim jest nurkowanie. Okolice wyspy słyną z niesamowitych spotów nurkowych, jak również z niesamowitych cen dla zwykłego backpeckersa. Jednak czy miejsce jest warte swojej ceny, a zakładam ze na pewno – okaże się jutro koło południa. Dzisiaj emocje finału mundialu na telebimie na plaży i może jakas ekipa do gula – jednym z plusów mojego samotnego podróżowania jest bycie Rycerzem Buffalo, ale incognito :P czy lewa czy prawa – nie ma znaczenia;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


