<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194</id><updated>2011-07-08T03:15:42.698+02:00</updated><title type='text'>Where is Madzia ?</title><subtitle type='html'>WANNA SEE YOU HAPPY PEOPLE</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>8</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-4503280753255593641</id><published>2010-08-16T04:12:00.002+02:00</published><updated>2010-08-16T04:12:44.712+02:00</updated><title type='text'>"Neverending"</title><content type='html'>Pisząc o "niekonczacej się"  drodze do hanoi napewno nie miałam na myśli czegoś, co się wydarzyło w następnych kilkunastu godzinach. W sumie było po laotansku- ale bez przesady, nawet laotanskiej zmiany musza gdzieś mieć granice. Miał być miły autobus, był 20 osobowy średni-bus (jeżeli można go tak nazwać)&lt;br /&gt; w którym jechało o 100% wiecej osób niż zostało przewidziane wg ilości miejsc. Problem ten błyskawicznie został rozwiązany przez postawienie małych plastikowych tqborecikow w przejściu. W gronie pozdrozujacych poza samymi laotanczykami i wietnamczykami (nikt, zupełnie nikt nie potrafił słowa po angielsku) jechały z nami pól-żywe kury i inne zwierza, zapakowane w worki oraz niezidentyfikowane przeze mnie ryby w dwóch ogromnych plastikowych wiadrach -szczęśliwie z przykrywka. I pomijając nie do końca szczęśliwych lokalnych podoznych którzy zdecydowanie nie byli zadowoleni z mojego obcowania w "ich" autobusie, ten zesz to postanowił się po 3H jazdy zepsuć. Zepsucie było o tyle nieszczęśliwe ze wiązało się z 10h postoju na środku drogi, gdzie ani w lewo ani w prawo nie ma nic, oczywiście w środku dnia, kiedy to akurat monsun postanowił pójść sobie precz:) zapachy wszechobecne były wyborne, a przyjaznosc wspolpodroznych do mojej osoby jako intruza pozostawiała sobie wiele do życzenia. O północy w końcu autobus ruszył do pobliskiego "guest housu" gdzie pokazali palcem na podłogę i nakazali spać. O świcie udało się wyruszyć w stronę granicy i tam ja szczęśliwie przekroczyć. Następnie czekały mnie kolejne 3H do dong ha pierwszego przystanku w Wietnamie i mojego miejsca przesiadkowego w drodze do hanoi. "mili" kierowcy postanowili nie zrozumieć moich słów "bus station" a myślałam ze to w miarę międzynarodowe określenie i nie przesadzajac wyrzucić mnie na środku glownej drogi kilka km przed dong ha. No ok, ja wyszłam samodzielnie ale po tym jak mój plecak pofrunal z &lt;br /&gt;Luku bagazowego na ulice:/ i tak tez siedząc na krawężniku i oceniając swoje śmierdzące, zmęczone, spragnione i jeszcze pare innych położenie, podjechalo do mnie dwóch panów na motorkach. Kiedy zorientowalam się ze są kolejnymi którzy ni w ząb po angielsku nie potrafią, oslablam totalnie i zrezygnowana zaczęłam maszerować wzdłuż drogi. Po chwili mnie dogonili i przekazali telefon komórkowy- pan powiedział jako pierwszy "dont worry, i be 15 min". Nie mając wiele do stracenia siadlam na krawężniku i postanowiłam czekać. I tym sposobem poznałam Pana Donga:) PAn Dong można powiedziec, mój wybawca z dong ha (zbieżność chyba przypadkowa) po krótkiej rozmowie zabrał mnie do miejsca gdzie można zakupić bilet do hanoi, za którego zapłacił bo ja miałam same drobne po wymianie z laotanskich kitow, następnie zabrał mnie do małego guest haousu gdzie wytargowal mi pokój na prysznic i zostawienie bagaży, zabrał na śniadanie, i po wymianę dolarów. Jak się okazało był lokalnym farmerm który dorabial jako przewodnik. Przesympatyczny i świetny starszy pan. Powiedział ze 17 km od miasta jest plaża i mogę tam pojechać i odpocząć- pomysł okazal sie byc rewelacyjny. Malownicza droga do pięknej, piaszczystej płazy z wieloma muszelkami, małe lokalne knajpki, zero, zero turystów wiec byłam jedyna osoba po niej spacerujaca. Po tak zakończonym dniu i wielu opowieściach Pana Donga, czasem trudnych do rozszyfrowania przez tkz "barierę językowa" wsiadlam do autokaru z myszka miki do Hanoi.. Z przygodami zamykamy etap podróży numer jeden a zaczynamy jutro od 9 rano drugi jak to mówią z "Grupa Gullu-Gul" :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas z gulu gul już trwa i cdn;))&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-4503280753255593641?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/4503280753255593641/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/08/neverending.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/4503280753255593641'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/4503280753255593641'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/08/neverending.html' title='&quot;Neverending&quot;'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-3644611836609617156</id><published>2010-08-04T15:12:00.000+02:00</published><updated>2010-08-04T15:12:29.936+02:00</updated><title type='text'>Saukdee Laos</title><content type='html'>Droga z Luang Prabang do oddalonego od tego miejsca o jakieś 200km Vang Vieng na południe kraju jest jedna z najbardziej malowniczych tras jakie dotychczas udało mi się przejechać lokalnym autobusem. Piękne widoki,  niesamowite góry, które pojawiają się nagle na horyzoncie i zbliżają się wraz ze zmniejszającą odległością do Vang Vieng zdecydowanie bardzo pozytywnie wpływają na trudy podróży. Vang vieng będące mekką imprezowiczów przyciąga młodych podróżników na kilka dni w swoje ramiona żeby pooglądać „Przyjaciół” przy każdym posiłku dnia w lokalnych restauracjach, pojechać na  tubing, czyli spływ Mekongiem na dużych kołach zatrzymując się w kolejnych knajpkach na orzeźwiające napoje… i zakosztować relaksu.&lt;br /&gt;Niektórzy zostają tam chwile, inni przedłużają wypad do Vang Vieng o kilka dobrych dni:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Z Vang Vieng po pożegnaniu z Terry pojechałam do Wientian, stolicy Laosu którą od Tajlandii oddziela tylko Mekong. Stolica nie ma w sobie za dużo uroku a dla mnie było to przede wszystkim miejsce do załatwienia wietnamskiej wizy. Miły pan w konsulacie poogladal z zaciekawieniem paszport, nakazał zapłacić konkretna sumę i pojawić się następnego dnia po obiór wizy. Pojawił się tym sposobem czas na zwiedzanie i długie przechadzki po ulicach miasta.&lt;br /&gt;I w tym momencie robi się coraz ciekawiej, ponieważ rozpoczyna się dłuższa wizyta w południowym Laosie. Teraz pisze już to z perspektywy czasu, ale może to i lepiej bo z całą pewnością mogę powiedzieć, ze południe (poza Luang Prabang) tego kraju jest dla mnie numerem jeden dotychczasowej podróży.  Z Wientian zapakowałam się do nocnego autobusu do Pakse, sporej jak na Laos miejscowości. Przejażdżka była o tyle nowością, że po raz pierwszy jechałam w tkz „sleeper busie” z normalnymi leżankami i poduszkami.  Zdecydowanie dużo wygodniejsze nocne podróżowanie w dalekich dystansach. W Pakse w tempie ekspresowym zakupiłam bilet do Wietnamu z wyprzedzeniem kilkudniowym i od razu zapakowawszy się do minibusa pojechałam do laotańskiej krainy 4 tysięcy wysp na samej granicy z Kambodżą.  Główny ośrodek turystyczny tej krainy (o ile w ogole można o takowym mówić) stanowią dwie wyspy – większa Dong Khong i mniejsza, na której zatrzymują się backpakersi Dong Det. Po przepłynięciu małego dystansu łódką napakowaną po dach wszystkim co możliwe postawiłam pierwsze kroki na tej wysepce.  Cała wysepka to kilkanaście małych knajpek, bungalowy z widokiem na wschód albo zachód słońca i mały mini market.  Pierwsza myśl – takie Koh tao ale 40lat wstecz;) Zapoznałam kilka sympatycznych osób, w tym dziewczynę z Izraela z którą potem dzieliłam zarówno bungalow jak i wielogodzinne opowieści i rozmowy o Indiach, w których ona spędziła ostatnio kilka miesięcy.  Udało nam się następnego dnia wynająć rowerki żeby wyspę przejechać od lewej do prawej i pojechać na sąsiadującą z nią wyspe Dong Khong, na której to z kolei główną atrakcją jest spory wodospad oraz widok dzikich delfinów, które pojawiają się  dwa razy dziennie i cieszą swoim widokiem wypatrujących ich turystów. Pobyt na wyspach okazał się pięknym spędzeniem 2 dni wyjazdu.  Po powrocie do Pakse przez przypadek spotkałam parę Francuzów, którzy z ochotą przystali na propozycję wycieczki do okolicznego Champasak – gdzie znajdują się ruiny khmerskie, mniejsze ale starsze od Angor Wat w Kambodzy i do dwóch okolicznych wodospadów  co okazało się totalnym strzałem w dziesiątkę. Piękne miejsce, prawie żadnych turystów, śliczne widoki – a na zakończenie ogromny wodospad z kolorową tęczą na jego tle – magia..czyli to, co najfajniejsze.  I tym pięknym sposobem kończy się mój pobyt w Laosie. Ostatni wieczór, ostatnie Beer Lao i jutro zaczyna się „never ending” droga do Hanoi… Jak było? Nie wiem kiedy minął miesiąc…;)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-3644611836609617156?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/3644611836609617156/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/08/saukdee-laos.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/3644611836609617156'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/3644611836609617156'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/08/saukdee-laos.html' title='Saukdee Laos'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-5937771455880573634</id><published>2010-07-25T09:53:00.000+02:00</published><updated>2010-07-25T09:53:42.463+02:00</updated><title type='text'>Spełniona obetnica z Luang Prabang</title><content type='html'>Moim pierwszym skojarzeniem z Laosem, o którym zawsze dużo słyszałam od wszystkich, którzy już tutaj byli, widzieli i smakowali, było miasto Luang Prabang. Ten niewielki zakamarek, który znajduje się w północnym Laosie jakieś  300 km od stolicy kraju nie na darmo został uhonorowany przez UNESCO.  Dlatego też, nie mogłam się doczekać kiedy tu w końcu dojadę, zakosztuje tych widoków, wspaniałych kulinariów i magicznych świątyń.  I tak też się stało. Dojechałyśmy do Luang Prabang późnym wieczorem po dość przedłużonej podróży z północy. Wypadek po drodze i dwie „pany” rozciągnęły drogę o jakieś 4h od tego planowanego czasu.  Ryzyko wyjazdowe ;)&lt;br /&gt;Jestem tutaj już 3 dzień, a od dwóch leje niemiłosiernie. W prawdzie z przerwami – ale niewielkimi. Bardzo niepocieszona, ze ciężko będzie cokolwiek zobaczyć w strugach deszczu nie dawałam za wygraną i pierwszego dnia był wodospad, drugiego okoliczne jaskinie ale ciągle brakowało świątyń, czyli tego, co najważniejsze i najpiękniejsze. Szczęśliwie obietnica z wczorajszego wieczoru została dotrzymana i dnia trzeciego, ostatniego pojawiło się słońce. Warto było czekać i zostać jeszcze jeden dzień.  &lt;br /&gt;Miasteczko poza zabytkami i okolicznymi atrakcjami dla turystów słynie ze swojej lokalnej kuchni. Wiele restauracji oprócz „free wifi” proponuje możliwość zrobienia kursu gotowania laotańskich przysmaków. W godzinach popołudniowych główna ulica, przy której mieści się wiele zachodnich knajpek ze śniadaniami, obiadami, lodami i różnistymi przysmakami , sklepikami, i agencjami turystycznymi zamienia się w night market na całej swojej szerokości.  Poza straganami, gdzie od ręki można dostać bagietkę z szynką i serem i warzywami i świeżego fruit shaka jest milion stanowisk z biżuterią (oczywiście, że NIE srebrna, chociaż niektóre ceny mogłyby na to wskazywać) ubraniami, pamiątkami, torbami, papierowymi albumami i notesikami czyli wszystkim, co można znaleźć na laotańskim pchlim targu.  &lt;br /&gt;Chociaż wielu mówi, że to najbardziej turystyczne miejsce Laosu i zostało ostatnio nawet zakwalifikowane jak usłyszałam do „Best place for 60 years old people”  to będę bronić jak niepodległości faktu, że jest miejscem uroczym i miłym dla oka i na pewno wartym dużej szuflady w pamięci. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TEvtKWM3cFI/AAAAAAAABJA/vOo0nowdIFI/s1600/whereismadzia+luang+prabang.jpg'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TEvtKWM3cFI/AAAAAAAABJA/vOo0nowdIFI/s400/whereismadzia+luang+prabang.jpg' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:CENTER'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-5937771455880573634?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/5937771455880573634/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/speniona-obetnica-z-luang-prabang.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/5937771455880573634'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/5937771455880573634'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/speniona-obetnica-z-luang-prabang.html' title='Spełniona obetnica z Luang Prabang'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TEvtKWM3cFI/AAAAAAAABJA/vOo0nowdIFI/s72-c/whereismadzia+luang+prabang.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-8235701977626076376</id><published>2010-07-21T13:03:00.000+02:00</published><updated>2010-07-21T13:03:54.888+02:00</updated><title type='text'>On my way to Laos</title><content type='html'>Droga z koh tao do Bangkoku była jedną z moich fajniejszych przejażdżek pociągowych w Azji. Na peronie poznałam fantastyczną dziewczynę , holenderkę, która od trzech lat mieszka na stałe na Karaibach. Terry podróżuje już od jakiś 3 miesięcy zaczynając od Fidżi przez Australię, Indonezję, Tajlandię i teraz już Laos. Zaraz po załadowaniu się do pociągu pomaszerowałyśmy nie gdzie indziej jak do tajskiego Warsu, w którym – uwaga – już trwała impreza. Przy lokalnej muzyce były tańce i hulance, zapoznanie z czwórką przesympatycznych anglików.  Zaraz z Bangkoku bladym świtem pojechałyśmy do Ajuttayah – jakieś niecałe 2h drogi pociągiem. Tam całodniowa przejażdżka rowerkami po okolicznych świątyniach i zaraz nocny autokar do Chiang Mai. &lt;br /&gt;Chiang Mai tak nie należy na pewno do najbardziej spokojnych i chilloutowych miast – ale czego można się spodziewać jeśli jest jednym z największych miast Tajlandii. Jest w prawdzie kilka miejsc wartych zobaczenia, ale nam nie do końca dopisała pogoda a dziwy były wielkie kiedy przede mną stanęły dwa Mc Donaldy, Burger King (to jeszcze było ok) ale cały sklep Haagen dazs? – za dużo Europy w Azji.   &lt;br /&gt;I tym sposobem, kierując się dalej na północ Tajlandii dojechałam do granicy z Laosem.  Wszystko jest wolniejsze, spokojniejsze, ludzie sympatyczniejsi, telefony komórkowe przestają działać, 11.30 okazuje się 12.30 i tak dalej i tak dalej – kraj uczący cierpliwości dla nerwusów  Oczywiście okazało się, że moje obawy na dostanie tylko 15 dniowej wizy laotańskiej on arrival ( jak mi powiedziano jeszcze w Chiang Mai) były zupełnie niepotrzebne, bo miły Pan w okienku wołał „Miss Magdalena” „Miss Magdalena from Poland” i wręczył mi paszport z wizą i stempelkiem, na którym data wyjazdu była wyznaczona dopiero za miesiąc. Tym sposobem, nie musze pruć przez Laos tylko wyjechać z niego w odpowiednim dla siebie momencie.  Z granicy po 7h podróży lokalnym autobusem (ani jednego turysty hurra!) dojechałam do Luang Namtha, niedaleko od granicy z Chinami i Myanmarem.   &lt;br /&gt;A tutaj jedną z atrakcji proponowanych przez agencje pro-ekologiczne (z tego słynie ten region) i duży procent z wpłaty turysty za wycieczki jakimi mogą być trekingi, spływy, itp, Jest przekazywany na „konto” okolicznych plemion. I tym sposobem, ja i Terry postanowiłyśmy się wybrać na spływ kajakowy.  Świetna przygoda, dwa przystanki w okolicznych wioskach – jedzenie rękami ze wspólnego garnka – uwaga – jednego z najlepszych azjatyckich posiłków jakie kiedykolwiek miałam możliwość spróbować – między innymi pędy bambusa z kawałkami mięsa, warzywka i laotański specyficzny sticky rice – rewelacja!  Jedziemy dalej do Luang Prabang.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-8235701977626076376?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/8235701977626076376/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/on-my-way-to-laos.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/8235701977626076376'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/8235701977626076376'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/on-my-way-to-laos.html' title='On my way to Laos'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-467481947897522210</id><published>2010-07-17T14:37:00.000+02:00</published><updated>2010-07-17T14:37:53.506+02:00</updated><title type='text'>foto oto :)</title><content type='html'>&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TEGkH96TlyI/AAAAAAAAA_s/LcXNiupZNKI/s1600/Koh+Tao.jpg'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TEGkH96TlyI/AAAAAAAAA_s/LcXNiupZNKI/s400/Koh+Tao.jpg' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:CENTER'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-467481947897522210?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/467481947897522210/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/foto-oto.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/467481947897522210'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/467481947897522210'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/foto-oto.html' title='foto oto :)'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TEGkH96TlyI/AAAAAAAAA_s/LcXNiupZNKI/s72-c/Koh+Tao.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-8995502374940795313</id><published>2010-07-16T18:55:00.000+02:00</published><updated>2010-07-16T18:55:23.613+02:00</updated><title type='text'>koh tao</title><content type='html'>&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO9xz-uJI/AAAAAAAAA_I/0ACW5MbDc7k/s1600/P1040796.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO9xz-uJI/AAAAAAAAA_I/0ACW5MbDc7k/s320/P1040796.JPG' border='0' alt=''style='clear:both;float:left; margin:0px 10px 10px 0;' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO-KK0pAI/AAAAAAAAA_Q/rAEhQ4PMijI/s1600/P1040797.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO-KK0pAI/AAAAAAAAA_Q/rAEhQ4PMijI/s320/P1040797.JPG' border='0' alt=''style='clear:both;float:left; margin:0px 10px 10px 0;' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO-efBAEI/AAAAAAAAA_Y/aY-YDCfMUIE/s1600/P1040798.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO-efBAEI/AAAAAAAAA_Y/aY-YDCfMUIE/s320/P1040798.JPG' border='0' alt=''style='clear:both;float:left; margin:0px 10px 10px 0;' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;div style='clear:both; text-align:LEFT'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-8995502374940795313?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/8995502374940795313/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/koh-tao.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/8995502374940795313'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/8995502374940795313'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/koh-tao.html' title='koh tao'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TECO9xz-uJI/AAAAAAAAA_I/0ACW5MbDc7k/s72-c/P1040796.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-2704454114299856854</id><published>2010-07-14T07:47:00.000+02:00</published><updated>2010-07-14T07:47:42.140+02:00</updated><title type='text'>Kochane Koh Tao</title><content type='html'>Koh Tao to jedna z mniejszych wysp Tajlandii o powierzchni 21m2 a sama nazwa (Wyspa Żółwi) wcale nie jest związana z oszałamiającą ilością tych wodnych stworków a z jej kształtem. Tak naprawdę, zobaczenie żółwia podczas nurkowania jest dużym szczęściem i bardzo rzadkim przypadkiem według tutejszych instruktorów, którzy dziennie schodzą pod wodę co najmniej dwa razy, ale do tego wrócimy.. Koh tao zamieszkuje na stałe około 1400 mieszkańców, a sporą ich część stanowią biali – głównie Anglicy, Irlandczycy i Australijczycy. Są to ludzie w różnym wieku, którzy albo prowadzą szkoły nurkowe albo są ich pracownikami. Najczęściej przyjechali tu na kilka dni, a zostali kilka lat;) Poczułam się tu jak na mocno unowocześnionej i zdecydowanie bardziej otwartej dla przyjezdnych filmowej „wyspie”, bo można wyczuć od tych ludzi, że znaleźli swój mały raj na ziemi, bez problemów, z chilloutem 24h i  tworzą razem taką zamkniętą oazę szczęścia a, co najważniejsze – odpowiada im takie życie bardziej niż to, które prowadzili wcześniej.  Jeff, instruktor z pierwszej szkoły nurkowej do której trafiłam, kiedy zapytana przez niego nie wiedziałam ile dni tutaj zostanę powiedział: „- wiesz, rozumiem, ja tu przyjechałem z założenia na 3 dni, a teraz minie 8 lat odkąd tu mieszkam”..Ja nie miałam akurat na myśli takiej czasoprzestrzeni, ale….;)&lt;br /&gt;Pierwsze „małe”  kroki po wyjściu z katamaranu, który przycumował do lądu były skierowane na centralną plażę wyspy – Sairee Beach. Na długości może jednego km malowniczego wybrzeża stacjonują tu szkoły nurkowe, mały szpital, resorty oferujące turystom bungalowy rożnych standardów, baseny, możliwość tajskiego masażu i miłego czasu w spa no i przede wszystkim knajpki małe i duże, od których w godzinach popołudniowych można wyczuć zapach grillowanego sea foodu i innych pyszności. Oczywiście oferują cały wachlarz zachodniej kuchni ale widok w menu "chili con carne" jako "western speciality" wywołał uśmiech na twarzy. Przez cała sairee beach prowadzi brukowana ścieżka od której na lewo, w głąb lądu znajdują się wszystkie resorty a na prawo piękna plaża z rafa koralowa a przy niej bazy nurkowe i restauracje. Jest sporo straganów z pierdołami, obowiązkowo 3 7/11 dwie stacje benzynowe, Mały supermarket - a nawet komisariat policji, czyli tak naprawdę "wszystko" co jest potrzebne do życia. Policji od 4 dni nie widziałam ani razu, w sumie najbardziej dziwiłam się, kiedy olbrzymia grupa po finale mundialu (a była tutaj wtedy 4 rano) wsiadała pod zdecydowanym, naprawdę zdecydowanym wpływem na motorki i robiąc wielkie łuki i zakręty próbowała jechać. Rachel, zapoznana divemaster ze szkoły z która nurkowałam opowiadała mi ze policja tak naprawdę w ogóle nie zwraca uwagi na alkohol a cała swoją energię przekłada na walkę z narkotykami na wyspie. Podobno idzie im całkiem nieźle, a restrykcje są podobne w całej Tajlandii.&lt;br /&gt;    A co do spraw przyjemniejszych  to tak : -Woda ma tutaj jedyne 31 C – nigdy wcześniej moja stopa w takiej się nie taplała i zaliczyłam naprawdę fajne nury. W prawdzie widoczność nie należała do najwspanialszych – daleko było do turkusowo-niebieskich przewodnikowych zdjęć, ale to podobno zależy od czasu i ogólnego stanu pogody. Ale i tak było przepięknie – kolorowe rybki, rafy, jaskinia z prześwitem,  wodne stworki o szumnej nazwie the Christmas Tree – są małe i kolorowe, wyglądają jak małe krzaczki ozdabiające skałę ale gdy się do nich zbliży palec chowają się w ułamku sekundy po to, żeby wyrosnąć na nowo jak już poczują się bezpiecznie. Pod sam koniec drugiego nurkowania totalna niespodzianka – BYŁ ŻÓŁW! I śmiejące się oczy..:)&lt;br /&gt;   Dalszy przebieg wydarzeń na koh tao był równie ciekawy, no może poza przypadkiem z wypożyczonym motorem – miało być no problem– no ale niestety..ja cała – motorek już mniej:/ no i za błędy trzeba płacić –  a konkretniej to za pecha - no ale nic to.     Nurkowania był ciąg dalszy i nadszedł czas wyjazdu z tej pięknej drożyzny, przez Bangkok do Ayuttayi – czyli ruszamy na północ.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-2704454114299856854?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/2704454114299856854/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/kochane-koh-tao.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/2704454114299856854'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/2704454114299856854'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/kochane-koh-tao.html' title='Kochane Koh Tao'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7300201325473691194.post-1654383756278350325</id><published>2010-07-11T15:44:00.002+02:00</published><updated>2010-07-11T15:44:40.048+02:00</updated><title type='text'>Małymi krokami przez południową Tajlandię...</title><content type='html'>    Panie i Panowie, proszę przygotować się do lądowania – właśnie zbliżamy się do Bangkoku…Każdy, kto kiedykolwiek wylądował samolotem jakichkolwiek linii lotniczych w Azji południowo-wschodniej zna uczucie jedynego w swoim rodzaju „uderzenia powietrza” jaki otrzymujemy po zaraz po wyjściu z samolotu. Ja po raz kolejny, doświadczyłam tego samego. Po arktycznej klimatyzacji ukraińskich linii lotniczych Aerosvit poczułam w sekundę uderzenie ciepła i wilgotności, jakimi przywitała mnie stolica Tajlandii. W prawdzie trochę rozżalona obsługą samolotu - (no bo co to ma być, żeby alkohol był płatny) ;) wylądowałam po raz drugi w Bangkoku o 4 nad ranem czasu lokalnego. Tutaj tak naprawdę dotarło do mnie, że rozpoczynam swoją podróż. Pierwsze kroki postawiłam nie gdzie indziej a na Khao san rd i dotarłam do „słowakowego” Sweety Guest House. W prawdzie Sweety pozstał Sweetym w każym tego słowa znaczeniu, a poziom zakwaterowania zatrzymał się na roku 63’ to nastąpił zdecydowany postęp technologiczny -można się podpiąć pod nielegalne wifi ;) Jako, że Bangkok nigdy nie należał do moich ulubionych miejsc na ziemi a spragniona odpoczynku, wody i nurkowania postanowiłam nie czekać  i od razu zarezerwowałam bilet na wyspę Koh Tao. Tajska wyspa żółwi – jak się o niej mówi jest małym rajem na Ziemi. Jako, że podczas większości słowikowych wypraw plaże były „owocem zakazanym” z przyczyn powszechnie wszystkim znanych, do tej pory udało mi się doświadczyć rajskich plaż na Borneo. Tutaj plaże są podobnie wyjątkowe, na pewno czystsze i hm..intymniejsze, każdy może znaleźć zakątek dla siebie po mimo sporej ilości turystów. A woda? Woda jest  niesamowicie czysta i cieplejsza niż temperatura powietrza! Głównym celem przyjazdu na koh tao dla większości osób, tak samo jak moim jest nurkowanie. Okolice wyspy słyną z niesamowitych spotów nurkowych, jak również z niesamowitych cen dla zwykłego backpeckersa. Jednak czy miejsce jest warte swojej ceny, a zakładam ze na pewno – okaże się jutro koło południa. Dzisiaj emocje finału mundialu na telebimie na plaży i może jakas ekipa do gula – jednym z plusów mojego samotnego podróżowania jest bycie Rycerzem Buffalo, ale incognito :P czy lewa czy prawa – nie ma znaczenia;)  &lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7300201325473691194-1654383756278350325?l=whereismadzia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://whereismadzia.blogspot.com/feeds/1654383756278350325/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/maymi-krokami-przez-poudniowa-tajlandie.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/1654383756278350325'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7300201325473691194/posts/default/1654383756278350325'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://whereismadzia.blogspot.com/2010/07/maymi-krokami-przez-poudniowa-tajlandie.html' title='Małymi krokami przez południową Tajlandię...'/><author><name>Madzia</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18215933822124576758</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='21' src='http://2.bp.blogspot.com/_iszHfxTD5Hw/TCfKm_ptoOI/AAAAAAAAA9w/TW1WfOoG52E/S220/_MG_4533.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry></feed>
