Pisząc o "niekonczacej się" drodze do hanoi napewno nie miałam na myśli czegoś, co się wydarzyło w następnych kilkunastu godzinach. W sumie było po laotansku- ale bez przesady, nawet laotanskiej zmiany musza gdzieś mieć granice. Miał być miły autobus, był 20 osobowy średni-bus (jeżeli można go tak nazwać)
w którym jechało o 100% wiecej osób niż zostało przewidziane wg ilości miejsc. Problem ten błyskawicznie został rozwiązany przez postawienie małych plastikowych tqborecikow w przejściu. W gronie pozdrozujacych poza samymi laotanczykami i wietnamczykami (nikt, zupełnie nikt nie potrafił słowa po angielsku) jechały z nami pól-żywe kury i inne zwierza, zapakowane w worki oraz niezidentyfikowane przeze mnie ryby w dwóch ogromnych plastikowych wiadrach -szczęśliwie z przykrywka. I pomijając nie do końca szczęśliwych lokalnych podoznych którzy zdecydowanie nie byli zadowoleni z mojego obcowania w "ich" autobusie, ten zesz to postanowił się po 3H jazdy zepsuć. Zepsucie było o tyle nieszczęśliwe ze wiązało się z 10h postoju na środku drogi, gdzie ani w lewo ani w prawo nie ma nic, oczywiście w środku dnia, kiedy to akurat monsun postanowił pójść sobie precz:) zapachy wszechobecne były wyborne, a przyjaznosc wspolpodroznych do mojej osoby jako intruza pozostawiała sobie wiele do życzenia. O północy w końcu autobus ruszył do pobliskiego "guest housu" gdzie pokazali palcem na podłogę i nakazali spać. O świcie udało się wyruszyć w stronę granicy i tam ja szczęśliwie przekroczyć. Następnie czekały mnie kolejne 3H do dong ha pierwszego przystanku w Wietnamie i mojego miejsca przesiadkowego w drodze do hanoi. "mili" kierowcy postanowili nie zrozumieć moich słów "bus station" a myślałam ze to w miarę międzynarodowe określenie i nie przesadzajac wyrzucić mnie na środku glownej drogi kilka km przed dong ha. No ok, ja wyszłam samodzielnie ale po tym jak mój plecak pofrunal z
Luku bagazowego na ulice:/ i tak tez siedząc na krawężniku i oceniając swoje śmierdzące, zmęczone, spragnione i jeszcze pare innych położenie, podjechalo do mnie dwóch panów na motorkach. Kiedy zorientowalam się ze są kolejnymi którzy ni w ząb po angielsku nie potrafią, oslablam totalnie i zrezygnowana zaczęłam maszerować wzdłuż drogi. Po chwili mnie dogonili i przekazali telefon komórkowy- pan powiedział jako pierwszy "dont worry, i be 15 min". Nie mając wiele do stracenia siadlam na krawężniku i postanowiłam czekać. I tym sposobem poznałam Pana Donga:) PAn Dong można powiedziec, mój wybawca z dong ha (zbieżność chyba przypadkowa) po krótkiej rozmowie zabrał mnie do miejsca gdzie można zakupić bilet do hanoi, za którego zapłacił bo ja miałam same drobne po wymianie z laotanskich kitow, następnie zabrał mnie do małego guest haousu gdzie wytargowal mi pokój na prysznic i zostawienie bagaży, zabrał na śniadanie, i po wymianę dolarów. Jak się okazało był lokalnym farmerm który dorabial jako przewodnik. Przesympatyczny i świetny starszy pan. Powiedział ze 17 km od miasta jest plaża i mogę tam pojechać i odpocząć- pomysł okazal sie byc rewelacyjny. Malownicza droga do pięknej, piaszczystej płazy z wieloma muszelkami, małe lokalne knajpki, zero, zero turystów wiec byłam jedyna osoba po niej spacerujaca. Po tak zakończonym dniu i wielu opowieściach Pana Donga, czasem trudnych do rozszyfrowania przez tkz "barierę językowa" wsiadlam do autokaru z myszka miki do Hanoi.. Z przygodami zamykamy etap podróży numer jeden a zaczynamy jutro od 9 rano drugi jak to mówią z "Grupa Gullu-Gul" :)
Czas z gulu gul już trwa i cdn;))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz