Kolejne kroki

7/21/2010

On my way to Laos

Droga z koh tao do Bangkoku była jedną z moich fajniejszych przejażdżek pociągowych w Azji. Na peronie poznałam fantastyczną dziewczynę , holenderkę, która od trzech lat mieszka na stałe na Karaibach. Terry podróżuje już od jakiś 3 miesięcy zaczynając od Fidżi przez Australię, Indonezję, Tajlandię i teraz już Laos. Zaraz po załadowaniu się do pociągu pomaszerowałyśmy nie gdzie indziej jak do tajskiego Warsu, w którym – uwaga – już trwała impreza. Przy lokalnej muzyce były tańce i hulance, zapoznanie z czwórką przesympatycznych anglików. Zaraz z Bangkoku bladym świtem pojechałyśmy do Ajuttayah – jakieś niecałe 2h drogi pociągiem. Tam całodniowa przejażdżka rowerkami po okolicznych świątyniach i zaraz nocny autokar do Chiang Mai.
Chiang Mai tak nie należy na pewno do najbardziej spokojnych i chilloutowych miast – ale czego można się spodziewać jeśli jest jednym z największych miast Tajlandii. Jest w prawdzie kilka miejsc wartych zobaczenia, ale nam nie do końca dopisała pogoda a dziwy były wielkie kiedy przede mną stanęły dwa Mc Donaldy, Burger King (to jeszcze było ok) ale cały sklep Haagen dazs? – za dużo Europy w Azji.
I tym sposobem, kierując się dalej na północ Tajlandii dojechałam do granicy z Laosem. Wszystko jest wolniejsze, spokojniejsze, ludzie sympatyczniejsi, telefony komórkowe przestają działać, 11.30 okazuje się 12.30 i tak dalej i tak dalej – kraj uczący cierpliwości dla nerwusów  Oczywiście okazało się, że moje obawy na dostanie tylko 15 dniowej wizy laotańskiej on arrival ( jak mi powiedziano jeszcze w Chiang Mai) były zupełnie niepotrzebne, bo miły Pan w okienku wołał „Miss Magdalena” „Miss Magdalena from Poland” i wręczył mi paszport z wizą i stempelkiem, na którym data wyjazdu była wyznaczona dopiero za miesiąc. Tym sposobem, nie musze pruć przez Laos tylko wyjechać z niego w odpowiednim dla siebie momencie. Z granicy po 7h podróży lokalnym autobusem (ani jednego turysty hurra!) dojechałam do Luang Namtha, niedaleko od granicy z Chinami i Myanmarem.
A tutaj jedną z atrakcji proponowanych przez agencje pro-ekologiczne (z tego słynie ten region) i duży procent z wpłaty turysty za wycieczki jakimi mogą być trekingi, spływy, itp, Jest przekazywany na „konto” okolicznych plemion. I tym sposobem, ja i Terry postanowiłyśmy się wybrać na spływ kajakowy. Świetna przygoda, dwa przystanki w okolicznych wioskach – jedzenie rękami ze wspólnego garnka – uwaga – jednego z najlepszych azjatyckich posiłków jakie kiedykolwiek miałam możliwość spróbować – między innymi pędy bambusa z kawałkami mięsa, warzywka i laotański specyficzny sticky rice – rewelacja! Jedziemy dalej do Luang Prabang.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz